3-dniowa wycieczka z Marrakeszu na pustynię Merzouga – cała prawda!
Świetne opinie, piękne zdjęcia i obietnica przygody życia — ta wycieczka z Marrakeszu na pustynię Merzouga wyglądała jak pewniak. Rzeczywistość okazała się dużo mniej kolorowa.
3-dniowa wycieczka z Marrakeszu do Merzougi i na Saharę to jedna z najpopularniejszych atrakcji w Maroku. W internecie wygląda jak gotowy przepis na niezapomnianą przygodę: pustynia, wielbłądy, nocleg w namiotach wśród wydm i świetne opinie, które tylko utwierdzają w przekonaniu, że warto. My też daliśmy się na to skusić.
I nie będziemy udawać — sama Sahara zrobiła na nas ogromne wrażenie oraz po drodze małe miasteczko Ajt Bin Haddu. Problem w tym, że cała reszta nie dorównała temu, co obiecywał opis i wysokie oceny. Było bardzo dużo jazdy (na to byliśmy przygotowani), sporo chaosu, kilka momentów mocnego rozczarowania i na koniec coś, co naszym zdaniem tłumaczy, skąd biorą się tak dobre opinie tej wycieczki. Jeśli zastanawiasz się, czy taki wyjazd naprawdę jest wart czasu, pieniędzy i energii, tu piszemy dokładnie, jak wyglądało to u nas.
Co ciekawe, bardzo podobne odczucia mieliśmy kiedyś w Wietnamie — podczas wycieczki na Deltę Mekongu. Inny kierunek i inny klimat, ale momentami ta sama „masówka” i schemat przystanków. Opisujemy to dokładniej tutaj: Ho Chi Minh – atrakcje i zwiedzanie (Delta Mekongu) .
Na czym polega 3-dniowa wycieczka z Marrakeszu na pustynię Merzouga?
Wycieczka z Marrakeszu na pustynię Merzouga to jedna z najpopularniejszych objazdówek w Maroku dla osób, które chcą w krótkim czasie zobaczyć Saharę. Start jest wcześnie rano, zwykle około 7:00. Odbiór najczęściej odbywa się w pobliżu noclegu, ale potem bus przez dłuższy czas jeździ jeszcze po medinie, zbierając pozostałych uczestników. Dopiero kiedy wszyscy są na pokładzie, rusza właściwa trasa.
Cała wycieczka trwa 3 dni i obejmuje 2 noclegi — pierwszy po drodze na pustynię, a drugi już na samej pustyni, w namiotach. Trzeciego dnia wraca się z powrotem do Marrakeszu. W teorii brzmi to jak intensywna, ale dobrze zaplanowana przygoda, podczas której w krótkim czasie można zobaczyć kilka bardzo znanych miejsc i przeżyć nocleg na Saharze.

Co obiecuje organizator Marocco Trip?
Plan wycieczki 3-dniowej: Marrakesz – Sahara (Merzouga / Erg Chebbi)
Dzień 1
- odbiór z hotelu lub riadu w Marrakeszu,
- przejazd przez góry Atlas,
- postój przy Ait Ben Haddou,
- wizyta w Ouarzazate,
- nocleg w okolicy Kelaat M’Gouna lub Boumalne Dades.
Dzień 2
- przejazd do wąwozów Todra,
- dalsza podróż w stronę Merzougi,
- przejażdżka na wielbłądzie,
- zachód słońca na pustyni,
- nocleg w obozie berberyjskim na Erg Chebbi.
Dzień 3
- wschód słońca na Saharze,
- powrót na wielbłądach do wioski,
- śniadanie,
- powrót do Marrakeszu i transfer pod nocleg.
Na papierze wygląda to naprawdę dobrze: góry Atlas, Ait Ben Haddou, Ouarzazate, wąwozy Todra, nocleg na pustyni, wielbłądy, zachód i wschód słońca. Problem w tym, że jest to bardzo intensywna objazdówka, w której ogromną część czasu spędza się w busie. I właśnie tutaj zaczyna się różnica między tym, co obiecuje opis, a tym, jak ta wycieczka wygląda w rzeczywistości.

Jak ta wycieczka wyglądała u nas w praktyce?
Dzień 1 – piękne widoki, słaby start i pierwsze rozczarowania
Odbiór z hotelu wyglądał dokładnie tak, jak w opisie. Ruszyliśmy wcześnie rano z Marrakeszu, a potem przez jakiś czas bus krążył jeszcze po okolicy i medinie, zbierając kolejne osoby. Sam przejazd przez góry Atlas był naprawdę świetny. Po drodze mieliśmy krótki postój na herbatę i punkt widokowy, co akurat oceniamy na plus. Trafiliśmy wtedy na obfite opady śniegu i mgłę, więc na miejscu nie było praktycznie nic widać, ale za to w drodze powrotnej mogliśmy już nacieszyć się krajobrazami. Sama trasa przez Atlas była genialna i to był dokładnie ten typ widoków, który najbardziej lubimy.


Pierwszy przystanek to restauracja i tutaj zaczęły się pierwsze schody. Tłumy ludzi jeszcze jesteśmy w stanie zrozumieć, bo to bardzo popularna trasa i takich wycieczek jedzie tam mnóstwo. Problem był gdzie indziej. Menu było bardzo słabe i kompletnie nie trafiało w klimat miejsca. W Maroku chcielibyśmy zjeść coś marokańskiego, a tutaj główną propozycją była pizza. Do tego ceny były mocno zawyżone, naszym zdaniem nawet około dwa razy względem tego, co jedzenie było warte. Obiad kosztował 140 dirhamów ~ 60 pln za osobę, napoje były dodatkowo płatne, a samo jedzenie zwyczajnie nie broniło tej ceny. Na koniec doszła jeszcze próba wymuszenia napiwku, co przy takim poziomie było już naprawdę słabe. Warto też od razu zaznaczyć, że obiady i napoje nie są wliczone w cenę wycieczki.


Postój przy Ait Ben Haddou odbył się zgodnie z planem. Sam kierowca, Omar, naprawdę zrobił na nas bardzo dobre wrażenie — był miły, pomocny i przez całą wycieczkę dało się go po prostu lubić. Problemem nie był on, tylko sposób zorganizowania zwiedzania. Na miejscu trzeba było cały czas trzymać się lokalnego przewodnika, który opowiadał o historii miasteczka i Berberach, czyli dawnych mieszkańcach Maroka. Brzmi dobrze, ale w praktyce wyglądało to tak, że po krótkim oprowadzaniu trafiliśmy do sklepiku z ręcznie robionymi obrazkami. Była chwila opowieści, a potem oczywiście zachęcanie do zakupów po cenach wyraźnie wyższych niż w Marrakeszu. Tam widzieliśmy podobne rzeczy nawet o połowę taniej, a i tak jeszcze dało się je dodatkowo utargować.



Czasu wolnego praktycznie nie było. Udało nam się wywalczyć może 15 minut, ale tylko dlatego, że sami o to zawalczyliśmy. W innym przypadku znów poszlibyśmy do kolejnego sklepiku. A i tak ostatecznie poszliśmy – tym razem z chustami na głowę i spodniami “na wielbłąda”, oczywiście również w wyższych cenach niż w Marrakeszu. Przez to zabrakło nam czasu na miejsce, które naprawdę chcieliśmy zobaczyć, czyli widok na Ait Ben Haddou od strony rzeki. Co ważne, nikt nam nie powiedział, że nie musimy korzystać z tego lokalnego przewodnika. Sami też o to nie zapytaliśmy, więc warto mieć to na uwadze. Za przewodnika trzeba dopłacić dodatkowo (2 euro), a z naszej perspektywy nie powiedział niczego, czego nie dałoby się wcześniej przeczytać w internecie. Dla nas był to raczej kolejny element lokalnego „systemu sprzedażowego” niż realna wartość dodana.



Wizyta w Ouarzazate okazała się natomiast mocno rozczarowująca, bo w praktyce jej nie było. W programie widnieje jako osobny punkt, a u nas skończyło się na przejeździe przez miasto i dosłownie dwóch zdaniach od kierowcy na jego temat. Liczyliśmy, że może zatrzymamy się tam w drodze powrotnej, ale nic takiego się nie wydarzyło. To był więc kolejny punkt programu, który formalnie się zgadzał, ale realnie został po prostu pominięty.
Później został już tylko dalszy przejazd, przerywany krótkimi postojami na herbatę, kawę i toaletę, aż do samego hotelu. Hotel sam w sobie był w porządku, bez szału, ale też bez tragedii. Natomiast kolację dostaliśmy dopiero około 21:30, co po tak długim dniu było po prostu słabe. Tym bardziej że kolejnego dnia mieliśmy pobudkę o 6:30, śniadanie od 7:00 i check-out już o 8:00 rano.

Dzień 2 – więcej sprzedaży niż zwiedzania
Drugi dzień od rana nie zapowiadał się najlepiej. Restaurację otwarto dopiero około 7:20, więc przy planowanym wyjeździe o 8:00 trudno było mówić o jakiejkolwiek dobrej organizacji. Śniadanie było raczej kiepskie — jeden rodzaj wędliny, pieczywo, owoce, dwa rodzaje warzyw, do tego miody i dżemy. Dało się coś zjeść, ale bez większego zachwytu.

Po śniadaniu ruszyliśmy do pierwszego miejsca, czyli na spacer po berberyjskiej wiosce z kolejnym już przewodnikiem. Tym razem były opowieści o roślinach, uprawach i lokalnym życiu, ale finał znów okazał się bardzo przewidywalny. Trafiliśmy do domu rodziny zajmującej się produkcją dywanów. Była herbata, trochę historii o dywanach, prezentacja i oczywiście próba sprzedaży. Ceny? Kilka tysięcy dolarów za sztukę. Jeśli ktoś był zainteresowany, od razu dostawał też informację, że wysyłka jest możliwa, ale oczywiście za dodatkową opłatą. Dla nas był to kolejny obowiązkowy punkt „pod zakupy”, a nie realna atrakcja.



Następnie pojechaliśmy do wąwozów Todra. To miejsce samo w sobie robi wrażenie, ale znów dostaliśmy go w wersji bardzo okrojonej. Kilkanaście minut opowieści przewodnika, krótki spacer i koniec. Szczerze mówiąc, czuliśmy spory niedosyt, bo tak wyjątkowe miejsce aż prosi się o trochę więcej czasu na spokojne przejście i nacieszenie się widokami.


Na obiad zatrzymaliśmy się w miejscu, które wypadło już nieco lepiej niż poprzedniego dnia. Był szwedzki stół, większy wybór i ceny trochę niższe — 120 dirhamów za jedzenie, napoje dodatkowo. Nawet smakowo było całkiem okej, ale nadal były to ceny na poziomie europejskim, a nie takie, których spodziewalibyśmy się po tego typu wycieczce w Maroku.
I w końcu Merzouga. Na miejscu trzeba było zostawić większe bagaże przed budynkami i zaufać, że zostaną one później dostarczone do noclegu. Teoretycznie ma to sens, bo wielbłądy nie mogą dźwigać zbyt dużego ciężaru. Problem pojawia się wtedy, gdy ma się przy sobie drogi sprzęt: laptop, obiektywy, elektronikę czy inne wartościowe rzeczy. W praktyce zostawia się to wszystko praktycznie bez większego nadzoru, w miejscu, gdzie przewijają się dziesiątki, jeśli nie setki ludzi — zarówno uczestników wycieczek, jak i miejscowych. My poprosiliśmy Omara, żeby zaopiekował się naszymi plecakami, ale ta „opieka” sprowadzała się do wrzucenia ich na siedzenie w otwartym aucie, przy którym cały czas ktoś się kręcił. Było to dość ryzykowne, chociaż finalnie wszystko wróciło do nas wieczorem.
Potem zaczęła się część, na którą czekaliśmy najbardziej, czyli przejazd na pustynię i jazda na wielbłądach. I tutaj trzeba uczciwie powiedzieć, że sam klimat pustyni robi robotę. Tyle że znów skala była ogromna. Jeden turnus to było około 300 osób, a może nawet więcej, więc razem z nimi ruszało też kilkaset wielbłądów. Widoki po drodze były naprawdę świetne. Dojechaliśmy do wyznaczonego punktu, zeszliśmy z wielbłądów i do zachodu słońca był czas wolny na zdjęcia oraz sandboarding dla chętnych. My akurat nie korzystaliśmy, więc tego elementu nie ocenimy.

Samego zachodu słońca niestety nie zobaczyliśmy, bo przyszły chmury, ale na pogodę nikt nie ma wpływu. Po zmroku wróciliśmy do obozu, gdzie czekała kolacja, ognisko i tańce. Jedzenie było średnie, ale reszta tej części dnia była już całkiem okej. Problem polegał tylko na tym, że trzeba było szybko iść spać, bo pobudka zaplanowana była na 4:30 rano.
I tu pojawił się kolejny zgrzyt. W opisie wycieczki wszystko wygląda odwrotnie: najpierw wyjazd na wschód słońca na pustyni, potem powrót i śniadanie. U nas plan został zmieniony. Śniadanie kazano zjeść o 4:30 rano, a dopiero potem ruszaliśmy na wielbłądach. Umówmy się — mało kto je normalne śniadanie o tej porze. My na pewno nie. W praktyce zabraliśmy, co się dało, zawijając jedzenie w ręczniki papierowe na później.



Dzień 3 – piękny wschód słońca i szybki powrót do rzeczywistości
Poranna jazda na wielbłądach i sam wschód słońca były naprawdę piękne. Klimat pustyni o tej porze jest wyjątkowy i tego nie da się tej wycieczce odebrać. Sam moment bycia na wydmach, cisza, światło i widoki — to wszystko było naprawdę super. Podobnie sama jazda na wielbłądach, mimo że turystyczna, dawała fajne doświadczenie.
Niestety zaraz po wschodzie wracaliśmy już w trybie „szybko, szybko”. Powrót do bazy, odbiór bagaży, pakowanie do busów i ruszamy do Marrakeszu. I tak naprawdę od tego momentu zaczęła się po prostu długa droga powrotna.

Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na obiad, tym razem w miejscu „włoskim”. Problem w tym, że z włoską kuchnią miało to niewiele wspólnego. Jedzenie było drogie, kosztowało około 120 dirhamów plus napoje, a smakowo było po prostu słabe. To był kolejny posiłek, który bardziej męczył niż cieszył.
Do Marrakeszu wróciliśmy około 18:00, a podczas powrotu wydarzyło się coś, co naszym zdaniem bardzo dużo tłumaczy, jeśli chodzi o wysokie oceny tej wycieczki. Nasz przewodnik podchodził do ludzi i namawiał ich do wystawienia opinii na GetYourGuide, najlepiej od razu, przy nim. I tu właśnie pojawia się cały problem. Bo gdy ktoś stoi obok, patrzy ci w oczy i prosi o pozytywną ocenę, bardzo wielu osobom po prostu głupio napisać coś szczerze krytycznego. Efekt jest taki, że wycieczka zbiera świetne recenzje, które niekoniecznie oddają jej realny poziom.

Nasze podsumowanie po 3 dniach
Po całej tej wycieczce na duży plus są dla nas tak naprawdę dwie rzeczy. Pierwsza to Omar. Mimo że na końcu zachęcał do zostawienia pozytywnej opinii, naprawdę był w porządku. Był sympatyczny, pomocny i przez całą trasę robił dobre wrażenie. Rozumiemy też, że prawdopodobnie nie robi tego z własnej inicjatywy, tylko albo ma takie wytyczne, albo zwyczajnie boi się, że przy słabszych ocenach wycieczka przestanie się sprzedawać, a on straci pracę. To jesteśmy w stanie zrozumieć. Tylko że da się to zrobić inaczej. Da się zorganizować taką wycieczkę dobrze, uczciwie i bez ciągłego ciągnięcia ludzi po miejscach, w których głównym celem jest sprzedaż drogich rzeczy. Wtedy dobre opinie pojawiłyby się same.
Druga rzecz to krajobrazy. I tutaj naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Trasa przez góry Atlas, droga na południe Maroka, pustynia, wydmy i sam klimat Sahary zrobiły na nas ogromne wrażenie. Pod względem widoków ten wyjazd naprawdę potrafił zachwycić. I szczerze mówiąc, to właśnie krajobrazy oraz sama pustynia ciągną całą ocenę tej wycieczki do góry.
Ale mimo tych plusów nie jesteśmy w stanie dać jej wysokiej oceny. Dla nas to maksymalnie 2 gwiazdki na 5.
Minus za jedzenie i ceny, które kompletnie nie były warte swojej jakości. Minus za to, że wycieczka była niepełna i nie do końca zgodna z programem. Minus za organizację, która momentami była po prostu słaba. I wreszcie minus za ciągłe wpychanie ludzi w miejsca nastawione na sprzedaż, przez co momentami mieliśmy wrażenie, że jesteśmy bardziej chodzącymi bankomatami niż uczestnikami wyjazdu.



Wycieczka z Marrakeszu na pustynię Merzouga – czy warto jechać ?
Czy warto jechać z Marrakeszu na pustynię do Merzougi? Naszym zdaniem to zależy od tego, czego oczekujesz. Jeśli marzysz po prostu o tym, żeby zobaczyć Saharę, przej